czwartek, 2 czerwca 2011

wodne "sianokosy" ...

.


Do napisania tego postu przymierzałam się od jakiegoś czasu, by - jak to sobie powtarzałam - ocalić ten "rytuał" od zapomnienia ... Majowe koszenie trawy w stawie było corocznym zajęciem wielu pokoleń. Tak pozostało do dnia dzisiejszego, nawet narzędzia są te same, na pewno pamiętają pot niejednego przodka... . Niewątpliwie jest to ciężka praca, wszystko jest robione ręcznie i to jeszcze brodząc w wodzie i walcząc z wciągającym gęstym mułem. Wygląda to tak, że jedna osoba w specjalnych rybackich butach kosi te "glony" w wodzie, a druga z brzegu wyławia je grabiami. Ale często bywa też i tak, że mój ojciec wszystko robi sam: najpierw sobie coś podkosi w stawie, a potem szybko to wyławia, by nie opadło na dno, pomagając sobie łódką. Zajęcie to trwa kilka dni, bo nie sposób naraz wszystkiego ogarnąć. Ale trzeba się spieszyc, by z trawy nie odpadły dojrzewające "szyszki" (tak na nasiona mówiliśmy w dzieciństwie ...), bo w następnym roku powiększyłaby swoją masę.















Trawa jest ciężka, bo nasiąknięta wodą ...








Pomocników wielu, ale chęci do pracy ... żadnej ...





Stary wózek do wywożenia owej trawy ...





... a to już "kopka" świeżo wyłowiona ...










Taka "glonowa" trawa jest składowana na kompost i mam z niej wspaniałą ziemię, na której moje irysy ( i nie tylko) fantastycznie rosną !




.
.

2 komentarze:

  1. Bardzo dobry pomysł, że to pokazałaś.Ja nie wiedziałam jak to się robiło , a teraz już wiem.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w ogóle uwielbiam takie "stare" klimaty, tzn. rzeczy proste, ręczne, z upływającym duchem czasu ... jednym słowem powrót do przeszłości nie zmąconej jeszcze techniką i elektroniką. Ten post był tego przykładem. Dziękuję za odwiedziny !!!

    OdpowiedzUsuń