czwartek, 26 lipca 2012

dzielenie kłączy - 2012 ...


Wprawdzie mam to już za sobą, ale w pamięci nadal czuję ten specyficzny zapach świeżo wykopanych kłączy ...

Prawda jest taka, że uwielbiam to zajęcie. To jak doglądanie inwentarzu przez gospodarza ... Wiele się można dopatrzeć . Zresztą "pańskie oko konia tuczy" ! A jak było w tym roku ? Nic innowacyjnego, raczej po staremu.








Tradycyjne płukanie kłączy na molo :







Chociaż od tego klęczenia nad wodą, to już kolan nie czułam, nawet się podśmiechiwałam do siebie, że rano modliłam się o zdrowe i przede wszystkim nie podjedzone kłącza, a teraz dziękuję "na kolanach" ... I było za co dziękowac', bo kłącza praktycznie całe i zdrowe.








Jednak potem nadeszła chwila prawdy ! Inspekcja fitosanitarna !!! Rzut okiem na kłącza ... (badawcze ruchy ogona nie zdradziły, niestety, żadnych emocji) i ...







... JEST AKCEPTACJA !!! Uffffffffffffffffffffffff ...






Czyściutkie i wysuszone kłącza gotowe do wysyłki :






A to moje małe "leśne" biuro pod drzewami, bo z lekka kropiło, a wszystko trzeba było zapisać i przede wszystkim opisać. Mozolna praca, rozbita na kilka etapów : przycinanie liści i korzeni, opisywanie, mycie, suszenie, pakowanie ... No i na każdej praktycznie kartce ubłocona "pieczątka" inspektora fitosanitarnego (a nawet dwóch !).






A oto część przyciętych liści. Cieszył mnie widok zdrowych, soczystych "szabel", zważywszy, że ostatnio pogoda sprzyjała rozwojowi plamistości liści, bo po deszczowej nocy i poranku, nadchodził słoneczny dzionek ... A u mnie w miarę zieloniutko i to bez oprysków !!! Mówię Wam, te irysy mnie na prawdę kochają ... albo na odwrót ? Już się pogubiłam ... (ha,ha ...)

To mój stary wóz drabiniasty ...







... a to stare zdjęcie znalezione w albumie, wydaje mi się, że robione w tym miejscu, gdzie teraz urządzam ogród. Przedstawia moich pradziadków, których nie zdążyłam poznać, i ciocię (w okularach), od której mamy całą ziemię, dla mnie droższą niż wszystkie skarby świata.






Na sam koniec chcę Wam pokazać podstawowe zasady sadzenia kłączy. Wprawdzie tekst jest w języku angielskim, ale już same fotki dużo mówią. Zapraszam TUTAJ.


.

19 komentarzy:

  1. Oj kochają Cię te irysy kochają :)
    Zdjęcie fajne, ja nie znałam nawet swoich dziadków a co mówić o pradziadkach. Do tego masz nawet ich zdjęcia... tylko mogę Ci pozazdrościć.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się dziwię, że są zdjęcia. Nie wiem, czy przypadkiem nie to jedno. Resztę "rozgrabili" inni po śmierci cioci, praktycznie nic nam nie zostawiając ... A szkoda.

      Usuń
  2. Naprawdę się bardzo kochacie- Ty i irysy. Kłącza i "rozsada" pięknie czyste i dorodne. A kot niesamowity :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Potwierdzam, że kocię niesamowite. Tak nawiasem mówiąc to kociczka - Ciuśka, bo jak przyszła do nas, to było to takie "małe ciuś".

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak to dobrze, że Ciocia ma taką następczynię. Piękne zdjęcie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Sporo masz pracy przy dzieleniu kłączy i dobrze, że kotek jej wyniki zaakceptował. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten kotek to tak z przymróżeniem oka ... Wszędzie go pełno - drugi gospodarz na włościach !

      Usuń
  6. Piękna opowieść i ładne ilustracje. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję ci za twój wpis. Coraz bardziej wczytuję się w irysowo-lilowe klimaty. Giga ma rację akceptacja kota bezcenna, podobnie jak tradycja rodzinna i kawałek terenu, który można nazwać swoim miejscem na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie to ująłeś. Dziękuję (a kota trzeba traktowac' z przymróżeniem oka, chociaż jak go zobaczyłam na molo nad tymi irysami, to buchłam śmiechem ... inspektor?)

    OdpowiedzUsuń
  9. U Ciebie kłącza zieloniutkie, a moje całe w plamach...
    Muszę też je podzielić i przesadzić w inne miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie. Zagęszczenie irysów w jednym miejscu sprzyja rozwojowi plamistości liści, tak myślę. No i ważne jest przesadzanie ich co kilka lat ... A porażone liście zawsze przycinaj.

      Usuń
  10. Oj tak! Kasiu ten zapach swiezo wykopanych klaczy... nie da sie go przyrownac do zadnego innego. Jest tylko jeden i niech taki pozotanie w naszych noskach... a pozniej w pamieci:)
    Gdyby ktos mi w kwietniu powiedzial ze w lipcu i sierpniu oprocz zapachu klaczy bede rowniez wachal kwiaty i to najnowsze odmiany - to nie uwierzyl bym a jedak tak jest a na dodatek zapylalem i sa efekty!

    Twoja historia ujela mnie za serce - kochasz z calego serca te ziemie, o ktora tak nasi przodkowie walczyli - jestes WIELKA PATRIOTKA (teraz mlodzi nie doceniaja tego a w kazdym kawalku ziemi widza ino zlotowki i nic innego - troche to przykre dla naszych przodkow)
    A dzieki takim ludziom jak Twoja rodzina - jest zielone swiatelko i tak trzymaj. Zastanawiam sie kim jest ta piekna dziewczyna o kruczo-czarnych wlosach ?
    Moje podejrzenia kieruje w strone Twojej mamy ale moge sie mylic - bo przeciez nigdy Cie Kasiu nie widzialem...
    Goraco pozdrawia;
    IRYSEK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert, to nie jest do końca tak. Moja "rodzina" jest piękna tylko na zdjęciu, życie jest całkiem inne ... Pozdrawiam.

      Usuń
  11. Oj prawda, to prawda...:)
    I.

    OdpowiedzUsuń
  12. ale równiutko poprzycinane :)..a komu tak wysyłasz?..dla jednych jak skarb, dla innych utrapienie, albo tylko lokata kapitału ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jaka piękna stara fotografia i pięknie piszesz o ziemi - bardzo mi to bliskie.
    A "inspekcja fitosanitarna" wywołała szeroki uśmiech :)
    Pogłaskania dla "Inspekcji" przesyłam :)

    Dziękuję za odwiedziny u mnie, bardzo mi miło zobaczyć mój blog w tu w zakładkach.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń